Strona główna Aktualności W słońcu i w pyle – pabianiczanin zwiedza Afrykę

W słońcu i w pyle – pabianiczanin zwiedza Afrykę

0

Mariusz Łaniewski to podróżnik z Pabianic. Pasja ta zaczęła się stosunkowo niedawno, bo w 2008 roku. Wtedy wyruszył do Maroka i połknął bakcyla o nazwie Afryka.

Od tamtej pory zaliczył w sumie 7 wizyt w Afryce, podczas których zwiedził 13 krajów. Poza Czarnym Lądem był także m.in. w Gruzji. Jego najnowsza podróż to Afryka Zachodnia ze stycznia tego roku podczas, której zwiedził Burkina Faso, Togo i Ghanę.

O niej właśnie opowiedział podczas spotkania w Miejskiej Bibliotece Publicznej im. Jana Lorentowicza w Pabianicach, którą współorganizował Klub Podróżnika PTTK. Opowieści podróżnika słuchało niemal 100 osób, które szczelnie wypełniły Galerię Ex Libris.

Afryka wywołuje adrenalinę

– Dlaczego Afryka? Wywołuje największe emocje i adrenalinę. Każdego dnia, a nawet godziny można znaleźć się w piekle, a za chwilę w raju – wyjaśnił na wstępie podróżnik.

– W Afryce Zachodniej, w której byłem ostatnio zdecydowanie więcej jest tego „piekła”. Jest to rejon warty odwiedzenia jedynie dla pasjonatów Afryki. To tam kumulują się bowiem wszystkie choroby świata, plagi, do niedawna były wojny, choć obecnie jest dość spokojnie – kontynuował.

Akurat taki cel podróży nie był tak do końca zaplanowany. – Tak się złożyło, że jedne linie lotnicze w czerwcu zeszłego roku uruchomiły połączenie do Wagadugu – stolicy Burkina Faso. Okazało się, że to bardzo dobra oferta, przelot w dwie strony kosztował jedyne 1400 zł. Od razu zadzwoniłem do kilku osób. Jeszcze tego samego dnia była nas ósemka chętnych, z której ostatecznie trzy osoby zrezygnowały. Pojechaliśmy więc w piątkę: cztery osoby z Pabianic i jedna z Poznania – tłumaczy Mariusz Łaniewski.

Afryka Zachodnia zdecydowanie nie jest rejonem chętnie odwiedzanym przez turystów. Burkina Faso rocznie odwiedza około 250 tys. osób, z czego około 10% w celach turystycznych. Dla porównania Polskę rocznie odwiedza 15 mln osób.

– Po wylądowaniu w stolicy Burkina Faso od razu chcieliśmy się wybrać nad ocean, aby trochę powygrzewać się w słońcu. Mieliśmy do pokonania 1000 km do naszego kolejnego celu, stolicy Togo – Lome. Jak się okazało pokonanie tego dystansu autobusem zajęło nam 18 godzin, co jest niezłym wynikiem jak na tamtejsze standardy. Autobus co prawda był klimatyzowany, ale my nie mieliśmy szczęścia, bo trafiliśmy miejsca na jego końcu, tuż nad silnikiem. Było strasznie gorąco – wspomina pabianiczanin.

Lotnisko widmo

Nim podróżnicy wyruszyli w dalszą drogę spotkała ich już na początku niespodzianka. Okazało się, że w okolicy lotniska, które jest w stolicy Burkina Faso nie było absolutnie niczego, nie można było nic tam kupić, a do porannego autobusu mieli ładnych kilka godzin. Ostatecznie znaleźli schronienie na dworcu autobusowym, gdzie plusem było to, że można było zjeść bagietkę i wypić kawę.

Choć obecnie w Burkina Faso jest już dość spokojnie, to jeszcze na północy kraju sytuacja była napięta w związku z wydarzeniami w Mali. Dlatego też przed wyruszeniem autobusu pabianiczanie mieli szczegółową kontrolę bagaży, a do granic eskortowało ich 2 żołnierzy.

Jeśli chodzi o krajobrazy to Afryka Zachodnia zdecydowanie nie zachwyca. – Krajobraz jest monotonny, w zasadzie brak jakiejkolwiek zwierzyny, a lasy są mocno wyniszczone. Jednymi z nielicznych zwierząt jakie spotkaliśmy były  nietoperze – wyjaśnia podróżnik.

Przekraczanie granic 

Przekraczanie granic w Afryce to też zawsze jakaś przygoda. – Gdy wcześniej byliśmy w Tanzanii i przekraczaliśmy granicę z Zambią, a był to wieczór to ostrzegano nas aby nie wychodzić z autobusu, bo zostaniemy okradzeni. W efekcie siedzieliśmy kilka godzin w środku aż do rana. Podobnie było w Malawi, gdzie miejscowi oferowali przyjezdnym wymianę waluty po wysokim kursie. My się na to nie daliśmy nabrać, ale Brytyjczycy i Australijczycy uwierzyli i skończyło się to tak, że po przekazaniu banknotu miejscowemu ten po prostu z nim uciekał, a jak się łatwo domyślić nikt nie był w stanie go dogonić – wspomina Łaniewski.

– Tym razem także mieliśmy przygodę. Przekraczanie granic w Afryce wygląda tak, że dojeżdża się do granic, a następnie przekracza ją pieszo. My po przejściu granicy zorientowaliśmy się, że nasz autobus już … pojechał bez nas.  W naszych szeregach nastąpiła konsternacja, bo w tamtym rejonie mówi się tylko po francusku, a nikt z nas tego języka nie zna. Poszliśmy więc do miejscowych motocyklistów, którym przekazaliśmy „Lome bus”, bo nic więcej nie potrafiliśmy powiedzieć. Musieliśmy im zaufać, że wiedzą o co chodzi i zawieźli nas kilka kilometrów dalej, gdzie faktycznie znajdował się nasz autobus – kontynuował pabianiczanin.

Polska wódka nawet w Afryce

– Jeśli chodzi o jedzenie to jest ono bardzo monotonne. Przeważa kuskus oraz maniok, które łączone są z różnymi sosami. Po pewnym czasie ma się tego tak dość, że w ostatnim tygodniu zdesperowany musiałem kupić puszkowane parówki, które na dodatek były strasznie drogie, bo kosztowały ponad 100 zł za kg. Nawet tam dociera globalizacja. W Lome można było kupić polską Żubrówkę, ale wszystkie produkty importowane z Europy są strasznie drogie. Butelka polskiej wódki kosztowała w przeliczeniu około 50 zł – opowiada podróżnik.

Dość tanie w Afryce są usługi fryzjerski. – Dziewczyny, które z nami pojechały postanowiły pójść do fryzjera i zrobić sobie fryzurę afrykańską. Efekt był spektakularny. Koszt zaś niewielki, około 50 zł po przeliczeniu i 3 godziny pracy. U nas zrobienie takich warkoczyków jest dużo droższe.

– Nad oceanem w Lome spotkaliśmy na plaży dzieciaki, które oczywiście na nasz widok zaczęły się popisywać. Niedaleko plaży leżało dużo śmieci. Plusem plaż afrykańskich jest to, że tam zwyczajnie nikogo nie ma i można się w spokoju relaksować – wspomina Łaniewski.

W Togo pabianiczanie odwiedzili też w miejscowość Togoville, gdzie jak się dowiedzieli na miejscu był kiedyś z wizytą papież Jan Paweł II.

Sport łączy ludzi

– Zawsze staramy zabrać się ze sobą coś, czym możemy obdarować inne osoby i tym razem przekazaliśmy miejscowemu klubowi piłki nożne z napisem Polska. Rozegraliśmy mecz z miejscowymi, ale wynik lepiej przemilczeć. Przed wyjazdem zawsze staram się sprawdzić jakieś znane nazwiska miejscowych sportowców i tak w Togo wszyscy ożywiali się na nazwisko Adebayora, a w Burkina Faso kojarzyli grającego w Górniku Zabrze Prejuce Nakoulmę.

– Odwiedziliśmy też miejscową szkołę, gdzie dzieci zaśpiewały nam m.in. swoją wersję piosenki znanej w Polsce pt. „Panie Janie”. Zawsze staramy się odwiedzić różne miejsca podczas wizyty w Malawi udało nam się odwiedzić tamtejsze więzienie. Był z nami pracownik więzienia w Polsce i wyjaśniliśmy strażnikowi, że chcielibyśmy zobaczyć jak to wygląda u nich, po uzyskaniu zgody przełożonego rzeczony strażnik wpuścił nas do środka.

Nieprzyjazna Ghana

– Następnie udaliśmy się do Ghany – kontynuuje Łaniewski. – Największy problem mieliśmy z wizą. Najbliższa ambasada Ghany jest bowiem w Berlinie. Przed wyjazdem słyszeliśmy, że można taką wizę wyrobić także w Lome, ale na miejscu okazało się, że to niemożliwe. Nauczeni wcześniejszymi wizytami w Afryce doszliśmy do wniosku, że tam wszystko na granicy da się załatwić. Wcześniej nie mieliśmy wizy przekraczając granicę z Zambii do Malawi i udało nam się taką uzyskać na miejscu.

W Ghanie tak łatwo nie było, choć zapowiadało się niewinnie. – Na przejściu granicznym minęliśmy pierwszego żołnierza, który widział, że nie mamy wiz i przepuścił nas dalej podobnie jak kolejna pani celniczka. Problem zaczął się na żołnierzu z komputerem, który zaczął wypytywać o brak wiz. Wszystko więc mu wyjaśniłem, a ten odesłał nas do kolejnego żołnierza. Tam procedura się powtórzyła i … zostaliśmy odesłani do następnego żołnierza. On jednak także nie załatwił naszej sprawy tylko odesłał nas do naczelnika. Pan naczelnik bawił się Samsungiem Galaxy S4, więc od razu pomyślałem, że będzie drogo. Po przejrzeniu zeszytów wyszedł od 200 dolarów, ale ostatecznie stwierdził, że będzie to kosztować 100 dolarów od osoby.

Po konsultacji podróżnicy próbowali jeszcze negocjować, ale nie był to najlepszy pomysł. – Naczelnik wezwał poprzedniego żołnierza i zaczął go ochrzaniać, że kogo tu przyprowadził, że nie mamy wiz i nie mamy pieniędzy aby je kupić. Nas także zbeształ, że co w ogóle sobie myślimy i kazał nam wyjść. Po 10 minutach pozwolił nam wrócić i kupiliśmy wizy po 100 dolarów za głowę. Co ciekawe na rachunku kosztowały one po 75 dolarów. Jak łatwo policzyć za usługę skasował nas na 125 dolarów. Cała procedura trwała zaś 3 godziny.

– Ghańczycy nie są zbyt przychylnym i przyjaznym narodem. Jeszcze przy wypisywaniu wiz powstał problem, bo koleżanka wpisała ulicę Łaską, a miejscowi nie mogli przyjąć do wiadomości, że istnieje taka litera jak „eł”. Potem mieliśmy do niej mały żal, że nie wpisała Laska zamiast Łaska, oszczędziłoby to czasu i nerw.

Szczęśliwe przekroczenie granicy nie było jednak końcem przygód. – Już po 30 minutach od granicy mieliśmy kontrolę policyjną. Coś im nie grało przy naszych pieczątkach. Na szczęście paragon wyciągnięty szczęśliwie z kieszeni rozwiał wątpliwości – kończy opowieść o przekraczaniu granicy Ghany pabianiczanin.

Ciężkie podróże w Ghanie

W samej Ghanie podróżowało się gorzej z zaplanowanych do pokonania 300 km udało się przebyć ledwie 230 km i to w czasie 13 godzin. – Z tego względu zrezygnowaliśmy z planowanej wizyt w wiosce czarownic, w której była Martyna Wojciechowska. Było to strasznie daleko, a drugiego tak ciężkiego dnia w podróży byśmy nie znieśli – wyjaśnia Łaniewski.

W zamian podróżnicy odwiedzili lokalną wioskę czarownic. – W Ghanie kobieta może zostać posądzona o czary i wtedy jest wygnana z miasta. Takie kobiety osiedlają się własnie w wioskach czarownic znajdujących się poza miastami. Aby ją odwiedzić musieliśmy najpierw uzyskać zgodę miejscowego wodza – opowiada podróżnik.

– Odwiedziliśmy też najbardziej znany Park Nardowy Mole. Zamiast zwierząt spotkaliśmy jednak śmieci, a podczas specjalnie wykupionej podróży z miejscowym przewodnikiem spotkaliśmy raptem 3 antylopy.

Powolność podróżowania to nie jedyny minus przemieszczania się w tym kraju. – Autobus podczas jazdy się zespół. Kierowca wysiadł chwilę pogrzebał przy kole, ale nie był w stanie tego naprawić. Dla miejscowych była to normalna sytuacja, więc rozłożyli się przy drodze i oczekiwali na kolejny autobus, który dojechał za … 5 godzin.

Rozstanie z Ghaną także nie było zbyt przyjemne. – Tuż przed granicą taksówkarz chciał zmienić wcześniej ustaloną cenę. „New price” mówił, ale ponieważ już mu zapłaciliśmy to zwyczajnie go zbyliśmy.

Powrót do Burkina Faso

Na koniec podróżnicy wrócili do Burkina Faso skąd mieli lot powrotny do Polski. – Tam przyjęto nas z otwartymi rękoma. Podczas oczekiwania na granicy wszedł jeden człowiek i zaczął tańczyć, myśleliśmy, że to jakiś przechodzeń z ulicy. Okazało się, że to naczelnik urzędu celnego, który tanecznym krokiem z uśmiechem na ustach wbił nam pieczątki. Mówił także, że zaraz odjeżdża nasz autobus i cieszy się, że przyjechaliśmy do ich kraju – zakończył podróżnik.

Mariusz Łaniewski ma już w planach kolejną podróż tym razem obrał za cel Etiopię, w której już był. Chce jednak odbyć trekking w Górach Simien i zwiedzić pustynię Danakil.