Strona główna Styl życia Ludzie Rowerami na „inną planetę”. Niezwykła podróż do krainy lodu, wody i ognia

Rowerami na „inną planetę”. Niezwykła podróż do krainy lodu, wody i ognia

0
U góry: wyprawa w komplecie. Na dole: Kamil (z lewej) i Arek (z prawej)
Prawie 2 tysiące kilometrów na dwóch kołach i kilkadziesiąt pokonanych pieszo. Pabianiczanie Kamil Lisiewicz i Arkadiusz Jaksa za cel swojej podróży właśnie w ten sposób obrali słynącą z surowego klimatu Islandię – kraj, gdzie rowerzystów można właściwie policzyć na palcach.

Rozpoczęta 19 czerwca wyprawa trwała miesiąc. Do Kefalviku, położonego niedaleko Reykjaviku, stolicy, poleciało jeszcze z nimi trzech kolegów, z innych części Polski. Na miejscu wyjęli z kartonów swoje przewożone w częściach jednoślady i zaczęli je składać. A później? W drogę!

Razem, ale osobno

Trasa była uzgodniona przed wyjazdem. Mieli ją w swoich GPS-ach i telefonach, z dokładnymi opisami atrakcji, a nawet… legendami o danych miejscach. Tę „dobrą robotę” wykonał kolega z Warszawy.

– Właściwie przez znaczną część podróży jechaliśmy jak po sznurku. Teoretycznie razem, ale w praktyce osobno, nawet wyruszając po noclegu o tej samej godzinie. Każdy z nas ma indywidualne tempo, kiedy indziej potrzebuje odpoczynku i o różnej długości… Umawialiśmy się więc, że spotykamy się np. przy kolejnej atrakcji. To była taka wzajemna „kontrola” – relacjonuje Kamil.

Islandię można objechać drogą krajową numer 1, co jednak nie oznacza, że wszędzie jest na niej asfalt. Bywała szutrowa, tylko na nielicznych odcinkach z dwoma pasami ruchu. Przeważnie był jeden, w dodatku wąski.

– Biorąc pod uwagę, że większość mijających nas kierowców stanowili turyści, o, mówiąc oględnie, różnych umiejętnościach, trochę to przeszkadzało, bo przyczepy kempingowe po prostu się o nas ocierały. Na szczęście nie zdarzyła się żadna wyjątkowo groźna sytuacja – mówi Arek.

Tam, gdzie słońce śpi niewiele…

Pogoda, stanowiąca przed wyjazdem główny temat rozmów (jaka kurtka, które spodnie itd.) sprawiła miłą niespodziankę. Wiele dni było słonecznych i, zważywszy kierunek, wręcz upalnych, skoro w niektóre temperatury przekraczały 20 stopni, a nocami nie spadały poniżej 5-6 stopni. Dziwili się temu nawet Islandczycy.

– W ubiegłym roku, w Norwegii, którą również zwiedzaliśmy z perspektywy rowerów, w zasadzie przez cały pobyt padało. Dlatego nastawiliśmy się, że będzie źle. A było rewelacyjnie, pomijając pojedyncze dni, kiedy wiedzieliśmy, że nastąpi pogorszenie i uciekaliśmy przed deszczem – opowiada Kamil.

– Jedyne, co towarzyszyło nam przez cały wyjazd, to wiatr. W Polsce przy takich porywach nikomu nie przyszłoby do głowy, by wybrać się na rower, ale jak na Islandię wiało niezbyt mocno. Inna sprawa, że zjeżdżając z górki raczej się hamuje. Tam miejscami musieliśmy pedałować, a nasza prędkość nie przekraczała 8-9 kilometrów na godzinę – dodaje Arek.

Turystyka w Islandii przybrała skalę masową i powstało sporo pól kempingowych, nie było więc problemu z rozbijaniem namiotów. Zdarzało im się jednak spanie „na dziko”, pod skałami, gdy odległość między jednym i drugim kempingiem wynosiła 150 kilometrów. Ale samowolki zasadniczo nie ma.

– Islandia jest tak naprawdę ogrodzona płotem z kolczastego drutu, wszędzie mamy parki narodowe. Jeden raz spaliśmy w ogródku, u Polki. Na początku musieliśmy przyzwyczaić się do tego, że przez większą część doby było…widno, a w najlepszym razie – zmierzch. W tym kraju występuje przecież zjawisko „białych nocy” – tłumaczy Kamil.

Pod górę po wulkanicznym pyle

Cel był wspólny: zobaczyć, ile się da, czyli całą Islandię, a nie tylko miejsca znajdujące się wzdłuż „krajówki” lub, jak robi to wielu turystów – zmotoryzowanych – tzw. Złoty Krąg w pobliżu stolicy. Udało się, chociaż nie bez wysiłku – płaskich dróg w zasadzie brak.

– Dystanse w ciągu jednego dnia były różne – od 40 do około 115 kilometrów. Czasami rower dosłownie stawał dęba, nie radziły sobie nawet terenówki. W takich warunkach wjeżdżaliśmy m.in. na wysokie przełęcze, przy czym warto zauważyć, że startowaliśmy z poziomu morza – wyjaśnia Kamil.

Szczególnych trudności w przemieszczaniu się przysporzyła im pustynia wokół wulkanu Askja (1510 m. n.p.m.) w interiorze. Jak podkreślają pabianiczanie, kto narzeka na nasze drogi gruntowe, powinien zobaczyć islandzkie.

– To pokruszone skały wulkaniczne i czarny piach wulkaniczny, który usuwa się spod nóg i kół. W tym rejonie pół dnia jechaliśmy na rowerach, z prędkością niewiele ponad 6 kilometrów na godzinę, a drugie pół je pchaliśmy… Jeśli zagapisz się gdzieś zamiast patrzeć pod koła, natychmiast wypadasz z trasy – stwierdza Arek.

Wjechanie w głąb lądu oznaczało jeszcze jedno wyzwanie – zaopatrzenie się w wodę (6 -7 litrów) i jedzenie na kilka dni. Wtedy waga jednośladu, zapakowanego sakwami, śpiworem, namiotem, częściami rowerowymi, rosła do 55 – 60 kilogramów.

Lód, woda i ogień

Jak jest na Islandii? Jej piękna nie da się opowiedzieć, nie oddadzą go też zdjęcia. W zgodnej opinii pabianiczan takich krajobrazów nie ma w żadnym innym zakątku świata.

Przez ponad tydzień jechali wzdłuż wybrzeża Oceanu Atlantyckiego, już pierwszego dnia widząc zapowiedź tego, co nastąpi później. A były to gorące źródła, gejzery, pola lawy, wodospady, wulkany i będące ich pozostałością bazaltowe ściany, a także lodowce, czarne plaże, pustynie… Często bulgotało i pachniało siarką. Na Kamilu duże wrażenie zrobił most Leifura Erikssona, który łączy płyty euroazjatycką i północnoamerykańską.

– To niezwykłe miejsce, bo stojąc na nim jedną nogą jest się w Europie, a drugą w Ameryce – śmieje się Kamil.

Równie wyjątkowych było więcej. Jak wodospad Dettifoss, jeden z największych w Europie (toczy wodę z prędkością 193 metrów na sekundę) czy Seljalandsfoss, za ścianą którego można przejść…

Arkowi w pamięci na zawsze pozostanie interior, czyli wyżynne pustynie, gdzie próżno szukać oznak życia. Widoczne są natomiast pola zakrzepłej lawy.

– Przez trzy dni samotnej jazdy spotkałem jednego (!) rowerzystę, a w oddali zobaczyłem dwóch wędkarzy. I właśnie to urzekło mnie najbardziej – cisza, spokój, pustka i niezwykłe widoki. Zupełnie jakbym znajdował się na innej planecie – wspomina Arek.

Powrót do codzienności był trudny. Adrenalina opadła, zamiast niej pojawiło się zmęczenie. Ale nie na tyle duże, by nie myśleć o kolejnych wyprawach rowerowych. Kamil w najbliższych miesiącach będzie zwiedzał Polskę, myśląc, gdzie wybrać się dalej. Arkowi chodzą po głowie Izrael i Jordania.

– Nie ma lepszego sposobu na poznawanie świata niż rower – mówią.
REKLAMA

Dodaj komentarz

1600
  Subskrybuj  
Powiadom o