Strona główna Sport Uzależniona od dwóch kółek

Uzależniona od dwóch kółek

0
fot. prywatna galeria Sylwii Gajdki

Od dziecka ciągnęło ją na rower, a że radziła sobie na nim całkiem nieźle, to jak sama mówi – apetyt na dłuższe i szybsze pokonywanie tras rósł w miarę jeżdżenia. Zaczęło się od szkolnych rajdów, a dzisiaj są to tysiące przemierzonych kilometrów, chęć przygody, a także pokonania swoich własnych barier.

Pasja

Sylwia Gajdka na co dzień pracuje w Łodzi, w branży IT, gdzie w normalnych okolicznościach (teraz pracuje zdalnie) zazwyczaj dojeżdża rowerem. Już od najmłodszych lat swój wolny czas lubiła poświęcać na rowerowe wycieczki. Niemniej wraz z ilością pokonywanych kilometrów rosła w niej chęć coraz to dłuższych wypraw.

– Od zawsze był ten rower, a przejażdżki były jednym z moich głównych zajęć na wakacjach u dziadków. Później zaczęłam brać udział w szkolnych rajdach rowerowych, kupiłam sobie pierwszą szosę, poznałam ludzi, którzy się ścigali i tak się wkręciłam. Potem było szukanie coraz to ciekawszych wyzwań, a teraz to już jest uzależnienie – opowiada Sylwia

Na początku przygody z rowerem Sylwia przemierzała po kilkanaście, później kilkadziesiąt kilometrów dziennie. Teraz jak sama mówi 30 km to próg minimalny. Miesięcznie pokonuje 1000-1200 km. Natomiast w tym roku trochę więcej, gdyż w samym czerwcu i lipcu przejechała prawie 4 tysiące kilometrów.

Wisła1200

Pomysł na start w wyścigu Wisła1200 pojawił się rok przed samym ultra maratonem, w momencie kiedy wyjechała z kraju na cały sezon kolarski i miała przerwę od ścigania na szosie. Kiedy wróciła chciała odzyskać formę, gdyż jak zdradziła – brak regularnych treningów mocno ją rozleniwił i musiała znaleźć sobie jakąś porządną motywację.

– Nie ciągnęło mnie specjalnie do wyścigów szosowych. Po roku przerwy chciałam zacząć od czegoś, co jest mniej stresujące, a bardziej przygodowe, gdzie jedzie się nie po wynik, ale po to żeby w ogóle dojechać do mety. Wtedy mój wybór padł właśnie na Wisłę1200, którą obserwowałam już rok wcześniej, i która cały czas siedziała mi gdzieś z tyłu głowy – dodaje.

Przygotowania

Treningi Sylwii trwały dokładnie pół roku, a styczeń był pierwszym miesiącem jej przygotowań. Podczas okresu treningowego zawodniczka skupiła się przede wszystkim na jeździe w terenie i przyzwyczajeniu do pozycji na rowerze. Wcześniej jeździła głównie na szosie, a maraton miała zamiar przejechać na rowerze przełajowym, na którym zwykle odczuwała dyskomfort już po dwóch godzinach jazdy. Wiedziała też, że Wisła1200 to maraton, którego trasa przebiega w głównej mierze po drogach przełajowych.

Największe wyzwanie w trakcie trwania ultra maratonu

– Wyzywanie zmieniało się wraz okolicznościami. Pierwszego dnia wyzwaniem było przyzwyczajenie się do jazdy po totalnych bezdrożach, drugiego przetrwanie upału i dojazd do upragnionego noclegu. Trzeciego i czwartego była walka z kontuzjami, natomiast piątego każdy kilometr i przede wszystkim, dojechanie do mety – zdradza pabianiczanka

fot. prywatna galeria Sylwii Gajdki
Kryzys

Pierwszy gorszy moment przyszedł u Sylwii drugiego dnia. Był on spowodowany wysoką temperaturą oraz całodzienną jazdą w samym słońcu. Wówczas jak opowiada cyklistka – zbawienne okazały się lody, mrożona kawa, a także rozmowy z kibicami, prysznic oraz nocleg. Kolejne kryzysy przyszły czwartego i piątego dnia, kiedy to brak snu mocno dawał się we znaki, a do tego pojawiały się nowe kontuzje. Wtedy ratunkiem było towarzystwo.

– Od trzeciego dnia jechałam z jednym lub dwoma innymi uczestnikami i to bardzo pomagało. Wspólnie, jakoś radziliśmy sobie z naprzemiennymi kryzysami, a kiedy już nawet rozmowa nie pomagała, robiliśmy kilkunastominutowe postoje na drzemki. W największym kryzysie, jakieś 50 km przed metą, uratowała mnie gorąca czekolada, super słodki batonik i myśl, że za chwilę koniec. Przyznam, że pomogła też nutka rywalizacji, bo wiedziałam, że jeśli zdecyduję się na dłuższy postój, to spadnę na trzecie miejsce – relacjonuje druga zawodniczka Wisła1200

Meta

– Tuż po przekroczeniu mety czułam ulgę, że to już koniec i radość, że do niej dojechałam. Prawdziwą satysfakcję z przejechania Wisły1200 poczułam dopiero kilka dni później, kiedy wracając z nad morza samochodem, mijałam miejscowości, przez które jechałam rowerem. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że to było naprawdę coś – podsumowuje zmagania Sylwia

Kolejne wyzwania

W przyszłym roku pabianiczanka planuje wrócić do wyścigów szosowych, ale nie wyklucza udziału w jednym z gravelowych maratonów organizowanych w Polsce. Ponadto czasami myśli o jednym z najtrudniejszych wyścigów na świecie o ultra-wytrzymałości Transcontinental Race, ale odstrasza ją logistyka wokół tej imprezy i wysokie koszty, które musiałaby ponieść żeby wziąć w niej udział.

fot. Rowerowy Maraton Wisła 1200

 

Więcej o udziale w Wisła1200 i innych projektach Sylwii na jej blogu www.cyclinghiking.pl.

REKLAMA
Subskrybuj
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments