Wożenie pasażerów oznacza ogromną odpowiedzialność i wiąże się ze stresem, ale 30-letnia Monika Zdziech z Pabianic nie chciałaby zamienić tej pracy na żadną inną. Bo zawód „motorówki”, jak nazywają siebie panie, które prowadzą tramwaje, sprawia też dużo frajdy. Odkąd dołączyła do ekipy łódzkiego MPK, tylko raz zdarzyło jej się zobaczyć na swój widok strach w oczach. I wykonywany nerwowo znak krzyża…

Z wykształcenia – biotechnolog (obroniła pracę licencjacką na Uniwersytecie Łódzkim), wcześniejsze doświadczenie zawodowe – ekspedientka w branży odzieżowej, od ponad czterech lat – motornicza. Skąd pomysł na zdobycie właśnie takiego „fachu”? O przypadku nie ma mowy.

– Zawodowym kierowcą jest mój tato, pracuje w pabianickim MZK. Tramwajami kilka lat kierował mój narzeczony, wtedy go zresztą poznałam. Cóż było robić, jeśli nie pójść w ich ślady? Chociaż odradzali mi to obydwaj. Jak widać, nieskutecznie – żartuje pani Monika.

Pomysł zostania „motorówką” zrodził się wiosną 2015 roku. Była wtedy zatrudniona w jednym ze sklepów w Porcie Łódź, gdy okazało się, że sklep będzie zlikwidowany.

– Pomyślałam, że to dobry moment na nowe doświadczenie i… zapisałam się na kurs dla motorniczych. Grupa liczyła około 25 osób, pań – chyba 10. Do tej pory pracujemy w zawodzie wszystkie – wyjaśnia.

Początki nie należały do łatwych. Trzy rodzaje hamulców? Dlaczego aż tyle? Układ torowo – sieciowy też stanowił zagadkę, podobnie jak obsługa tramwaju i wiele innych zagadnień. Ale do czasu, bo gdy usiadła za pulpitem zagmatwana teoria przestała już taką być… I chociaż pierwszy egzamin zakończył się niepowodzeniem, po drugim mogła świętować sukces.

Praca jest wymagająca (w przysłowiowy piątek, świątek i niedzielę) i mimo ciągłego jeżdżenia tymi samymi ulicami i mijania po raz kolejny zobaczonych wcześniej tysiące razy miejsc, z pewnością nie nudna. Przeciwnie, nigdy nie wiadomo, co przyniesie następny kurs i jakie „niespodzianki” będą czyhały na drogach. A z obserwacji pani Moniki wynika, że pomysłowość kierowców nie zna granic. Grzeszą również rowerzyści i piesi, choćby przechodząc przez ulicę z oczyma utkwionymi w telefonie… O stłuczkę czy wypadek nietrudno nawet w miejscach, gdzie torowisko tramwajowe jest wyodrębnione z jezdni.

– Odkąd pracuję jako „motorówka”, zdarzyły mi się dwie kolizje. Jedną spowodowała pani, która skręcając nie zauważyła czerwonego światła (ja jechałam prosto) i wbiła się autem między moje drzwi i pierwszego przedziału. Nikomu nic się nie stało, a jej pierwsze pytanie brzmiało: „Ile dostanę mandatu?”. Za drugim razem „spotkałam się” z kolegą – motorniczym, trochę z mojej winy… Do nieprzewidzianych sytuacji dochodzi oczywiście o wiele częściej, właściwie codziennie, ale nie mam na nie wpływu – zauważa pabianiczanka.

Najłatwiej jeździ się w wakacje, kiedy ruch na ulicach wyraźnie maleje, natomiast szczególnie trudny okres jest jesienią. Nie tylko ze względu na krótkie dni czy mgliste poranki i wieczory, ale też z powodu… zalegających liści. Jeśli dodać do nich mżawkę, torowisko zamienia się w lodowisko. Wyhamowanie na przystanku, a nie poza nim wymaga wtedy niemałych umiejętności.

– Czasami wracając do domu mam wrażenie, że harowałam w kopalni – przyznaje pani Monika. – Za pulpitem raz spędzam 5,5 godziny, kiedy indziej 8 lub nawet 10 godzin, w zależności od grafiku. Takie długie dni bywają upiorne i potrafią nieźle dać w kość – stwierdza 30-latka.

Bodźcem, który mobilizuje ją, aby wstać do pracy następnego dnia z nową energią są między innymi pasażerowie. Widok kobiety prowadzącej tramwaj teoretycznie nie powinien już dziwić, ale zaskoczone, zdumione twarze wciąż się zdarzają.

– Nie policzyłabym, ile razy słyszałam: „Przepraszam, którędy pan… O! Przepraszam, którędy pani jedzie?”. Do dziś pamiętam pasażerkę, której gdy podjechałam na przystanek oczy zrobiły się większe niż spodki. Przeżegnała się, rozbawiając mnie do łez. Domyślam się, że modliła się całą drogę. A mnie do końca dnia nic nie mogło zepsuć humoru – opowiada.

W równie dobry wprawiają ją westchnienia ulgi, okazywana radość oraz rozlegające się po tramwaju głosy: „Pojedziemy, pojedziemy…”, gdy po przestoju, np. wywołanym awarią lub „natknięciem się” na kolizję, tramwaj rusza.

– Naprawdę słyszę, jak ludzie wypuszczają powietrze z płuc i jak schodzi z nich stres, że nie trzeba będzie się przesiadać. A przecież na trasie mogą zdarzyć się różne sytuacje – mówi „motorówka”. – Ten moment jest zresztą w pracy wyjątkowo trudny: gdy muszę wyjść do pasażerów i powiedzieć im, że pojedziemy inaczej albo że coś się zepsuło…

Czasami doświadczenie pozwala samodzielnie i szybko uporać się z usterką. Pani Monika potrafi np. „skłonić do współpracy” zacinające się drzwi. To najczęstszy powód wychodzenia zza pulpitu, przyprawiający podróżnych o przyspieszone bicie serca…

– Nie da się ukryć, że motorniczy czy motornicza, którzy „opuszczają” należne im miejsce w tramwaju, choćby na chwilę i z dobrymi zamiarami, jest powodem niemalże paniki – stwierdza ze śmiechem.

Monikę Zdziech można teraz zobaczyć w tramwajach jeżdżących po Łodzi: w „2” (Dąbrowa – Teofilów), w „17” (Telefoniczna – Ikea), a w weekendy w „7” (Augustów – Północna). Jest jednak dość prawdopodobne że wkrótce sytuacja się zmieni i pabianiczanka będzie kierowała dwukierunkowymi tramwajami 41, między Ksawerowem i Łodzią.

– Byłoby bardzo fajnie. Ta linia, zresztą jak wszystkie podmiejskie, stanowi zupełnie inny świat. Ludzie częściej się uśmiechają, są milsi, a nawet jeśli coś się stanie – bardziej wyrozumiali niż w dużym mieście. Skąd to wiem? Kiedyś jeździłam już 41. Wspominam kursy po Pabianicach z ogromną sympatią – podkreśla.
REKLAMA
Subskrybuj
Powiadom o
3 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments

Ładna ta „motorówka”

Zrób uprawnienia, będziesz bliżej, wykosisz wszystkich.
A Pani Motorówka Monika faktycznie Miss Tram !

Dziś taka „motorówka” wjechała na mijankę w Ksawerowie, gdy z przeciwnego kierunku skład jeszcze nie zjechał. Ot, taki przypadek. Ciekawe, czy na „41” to jedyna „motorówka”?